Rapa Nui

Tradycja Kultura Współczesność

eva

Eva Stankovitch

Polka z Sandomierza, na stałe mieszka we Francji. Kilka lat temu rozpoczęła pracę na Tahiti… a stamtąd już blisko na Rapa Nui. Tak to się zaczęło.

 

  "Nie dodam wiele do licznych sprawozdań naukowych czy poetycko - podróżniczych, które napisano z pobytu na Wyspie Wielkanocnej. W młodości, jeszcze w Polsce, oglądałam zdjęcia olbrzymów z Rapa Nui. Nawet nie marzyłam nawet o podroży na tę tajemniczą i odległą wyspę. Sam wyjazd do Francji (studiowałam wtedy romanistykę w Łodzi) był już dla mnie wyprawą, a cóż tu mówić o wyprawie do jakiegoś dalekiego, rzuconego przez kaprys natury skalistego kawałka lądu na Pacyfiku!"

  Minęły lata. Wybieram sie, namówiona przez kolegę z liceum (amatora polinezyjskich uroków) na Tahiti. Dwa lata lub cztery lata, jeśli mi się spodoba, będę nauczać na wyspach! Uroki urokami, ale nie jestem tam na wakacjach. W salach lekcyjnych gorąco. Dookoła obraz w pocie czoła pracującej ludzkości nabiera swoistych kolorów. ‘Jedź na Wyspę Wielkanocną!’ - podpowiada koleżanka „od hiszpańskiego”, tam trochę inny klimat.

311  Nie wiem, co przeważa w moich planach podroży: ucieczka od wilgotnego gorąca w Taravao, czy spotkanie z moai. No i spotykam je. Raz mi nie dosyć, wracam ponownie za trzy miesiące. Znów je oglądam, wchodzę na szczyt wulkanów w towarzystwie przygodnie spotkanych, dzielnych jak ja sama amatorów pieszych wędrówek w naturze. Za nic nie ominęłabym kąpieli w wodach Anakena Beach, nawet w deszczowy chłodny dzień!

  ‘Dokąd tym razem sie wybierasz?’ - pyta ktoś w pokoju nauczycielskim. 'Na Rapa Nui'. 'Znowu??? Przecież już chyba wszystko widziałaś? Wszytko… co to oznacza? Wcale zresztą nie chce zobaczyć „wszystkiego”. Po prostu chcę polecieć tam by przejść się po uliczkach Hanga Roa, siąść na byle jakim tarasie kafejki, pogapić sie na ludzi, na biegające swobodnie psy, na spacerujące konie. A potem zejść nad ocean, patrzeć i słuchać nie szumu, lecz huku rozbijających się skalach fal. Szkoda, że coraz więcej warkotu silników samochodowych na wyspie!

  Tym razem muszę wreszcie zwiedzić lokalne muzeum, zobaczyć jedyne oryginalne moajskie oko. Śpieszę pod palącym słońcem do muzeum. Na ścianie, tuż przy drzwiach wejściowych, przykuwa uwagę pokaźnych rozmiarów zdjęcie młodzieńca, zdecydowanym gestem ramienia wskazującego coś komuś. Wystawa fotograficzna, informuję mnie młoda, uprzejma dziewczyna w recepcji: ‘Proszę obejrzeć, ciekawa’.

  Nacieszywszy oko stałą wystawą, idę w głąb budynku. Na ścianach twarze mężczyzn, kobiet, dzieci. Natychmiast przykuwa ma uwagę znajoma twarz Hutu, rzeźbiarza mieszkającego w Taravao. To chyba on, nie mylę się! Czuje obecność kogoś tuż za plecami, odwracam sie i staję twarzą w twarz w moim wieku panią o niebieskich pełnych uśmiechu oczach, blond włosach. Jakaś nietypowa Rapa Nui!?

 

312Kafejka Raa

 ‘Pani jest autorka wystawy?’ – pytam. ‘Tak, to moja pierwsza wystawa fotograficzna’. ‘A można zakupić zdjęcia’ – szybko przechodzę do rzeczy! ‘Można, ale po zakończeniu wystawy, w marcu. Nie ma sprawy, proszę zapisać ten i ten numer (chodzi o młodzieńca z władczym gestem i o Hutu). 'Hutu to brat mego męża Karla…’. Karlo, Hutu i Petero, trzej bracia i rzeźbiarze!

  ‘A pani…?’. ‘Jestem z Niemiec, z Kolonii. Nauczałam tam chemii i fizyki. Teraz mieszkam na Rapa Nui’. ‘A ja Polka, mieszkam we Francji na stale, a tymczasowo na Tahiti!’. ‘Karlo udaje sie w kwietniu do siostry mieszkającej w Papeete. Może dowieźć wybrane fotografie’ – mówi mi. Sprawa ubita.

   Stephanie mówi też o książce, którą napisała o jej życiu na Rapa Nui. Wydano ją w Niemczech i u Czechow sąsiadów! W Pradze interesują się jej wystawą. ‘No, to jak w Pradze to, czemu nie w Polsce?’ – pytam ją. ‘Nie mam tam żadnych kontaktów’ –  odpowiada. ’Nie miałaś’ – mówię – ‘Teraz możesz mieć’. ‘Naprawdę, zrobisz to?’. ‘Zrobię, co w mej mocy!’. I już myślę o Sandomierzu i Poznaniu (stare, dobre czasy w Domu Bretanii!). Poza tym jest tu pewna równowaga geograficzna: Praga – Sandomierz, Kolonia – Poznań, nieźle!

   W maju mamy pięć dni wolnych. Chyba polecę do “Wielkanocnych”. ‘Znowu tam lecisz?’ - pokój nauczycielski nie wie już, co o tym myśleć. Muszę posłać kartkę do Polski. Moja przyjaciółka z Poznania chce, by była z oryginalna pieczęcią z Hanga Roa. Poza tym muszę złożyć kwiaty na grobie Kiny - w imieniu jej przybranej matki, mojej bliskiej sąsiadki. I poza tym to zaledwie trzy tysiące kilometrów, pięć godzin lotu! ‘Dajcie jej spokój’ - mówi kolega. Jego żona pochodzi z Europy Wschodniej. ‘Z tymi Słowianami końca nie dojdziesz!’ – tłumaczy. No, pewnie, że nie. I tym lepiej, nie lubię “skończoności”.

 

39

 Grób Kiny

   Powiadamiam Steffi o przyjeździe. Śmiała się czytając o rozmowie z kolegami. Jak tylko nie będzie dużego deszczu, będę na lotnisku. Na razie nie rozumiem, jaki to ma związek z deszczem. Droga z Anakena do Hanga Roa ładna, wyasfaltowana. Zresztą Jérôme będzie na lotnisku, wyjaśni mi to wszystko później. Czekając na mój bagaż, szukam wzrokiem znajomych twarzy za szybą: Jérôme jest z wiankami kwiatów na powitanie, a obok niego Steffi! Tez przywiozła wianuszek powitalny, jeden, to pewnie dla mnie.

  Rzucam szybko torbę podróżną w pokoju w pensjonacie Jérôme’a. Steffi czeka w swym starym łaziku – ‘A może jesteś zmęczona, chcesz pospać’ - pyta troskliwie. -‘Gdzież tam, miałam trzy wolne miejsca, spalam jak niemowlę, idziemy!’ Już siedzimy w dobrze mi znanej kafejce Raa. I pijąc kawę obgadujemy energicznie, jak to zabrać się konkretnie do organizacji wystawy. Steffi przygotowała plan, przekaże komu należy do rozparzenia. ‘Dawaj pytania’ - mówię, zapisze i też przekaże. Potem już powinny sprawy pójść gładko. Nabazgrałam wszytko w małym notesiku, co za zapiski! W trzech językach, ale to nie ważne! Byle posłużyły.

  Głód daje sie powoli we znaki. -‘Chodźmy na obiad. Znam małą, familijną restaurację’ – zachęca Steffi. Witają nas tam jak swoich. Któż tu nie zna Steffi. Widocznym jest, że jest lubiana i ceniona. Uśmiecham się pożerając wzrokiem doskonałą, smażoną rybkę na moim talerzu. Steffi spycha ze swego talerza na mój plastry pomidorów – ‘Mówiłaś, że kochasz pomidory z Rapa Nui!’. Jak ich nie kochać – smaczne, bez chemicznych paskudztw. Na Tahiti, niestety obyczaje w tej mierze są nieznośne!

   Po obiedzie zmęczenie daje się jednak trochę we znaki. -‘Odwiozę Cię do Jérôme’a, przyjadę jutro, zobaczysz nasze domostwo. Poczekaj, otworze drzwi od wewnątrz, nie można inaczej’. Cóż, łazik wysłużył swoje, ale jeszcze dzielny staruszek.

 

310

 

   Nazajutrz, Steffi stawia się dokładnie na umówioną godzinę.

  Drogę do Anakeny dobrze znam, ale nie mogę sie napatrzeć się krajobrazowi. Gapię się też jak dziecko na rozkapryszone koniki, co im tam jakiś łazik! Wychodzą sobie na drogę i nawet okiem nie rzucą na jadących. Steffi skręca na prawo w polną drogę, uff! Dobrze, że ten łazik ma doświadczenie! Jedziemy spory kawałek wśród „niczyich” pastwisk. Po drodze mijamy parę drzew stojących lub powalonych. -‘Też niczyje’ - wyjaśnia Steffi.

  Widać ogrodzenie, takie jak kiedyś robiło się z żerdzi i drutu. Zjeżdżamy ku bramce z pagórka. -‘Rozumiesz teraz, dlaczego nawet łazikiem nie mogę wyjechać stąd jak mocno pada?  - ‘Rozumiem. A co jecie jak trzy tygodnie deszcz was trzyma w posesji?’. - ‘Mamy zawsze jakieś zapasy: ryż, kluski, kawę, warzywa mamy przy domu’. Witają nas dwa duże psy. Po wstępnym obwąchaniu przybyłej nowej osoby, pędzą razem warcząc, tocząc zażartą, lecz na szczęście bezkrwawą walkę. Jeden powalił drugiego, trzyma go chwilę w tej pozycji, by zaraz wziąć go za kumpla w gonitwie za kotem, chyżo chroniącym się na pobliskie drzewo.

   - ‘Z jednej miski jedzą, a tak się odnoszą jeden do drugiego’ - mówi spokojnie Steffi. Dom nieduży, z wulkanicznego kamienia. Zadaszenie pozwala na siadanie w cieniu pod ścianą. Trochę na prawo, rodzaj drewnianej szopy – to zarazem kuchnia. I drewutnia. By coś ugotować, trzeba rozpalać ogień. Czekać aż rozgrzeją się blachy, tak jak to dawniej się do rzeczy podchodziło! Oddalony nieco od domu ładny, kamienny budynek służy “naturalnemu odosobnieniu”. Nie ma co porównywać z drewnianą budą, kiedyś służącą tym samym celom moim dziadkom!

309  Kilka manavai (kamiennych, okrągłych lub owalnych murków) osłania przed wiatrem rośliny: kwiaty, warzywa, młode krzewy. Trwa świeżo skoszona, ładnie tutaj. I spokojnie. - ‘Zobacz teraz jak mieszkamy’. Wchodzę chowając w torbie podarunek – jak tu bez prezentu w gościnę? Podaję go Steffi. Wybuchamy wesołym, serdecznym śmiechem. Nazywam podarowaną rzecz „uśmiechem Europy”. Znalazłam ów “uśmiech” w duty free na lotnisku w Papeete. - ‘Macie tu wszytko, co potrzebne do codziennego życia. I do tworzenia’. Na parapecie okna kilka rzeźb w drewnie – to dzieło Karla. Posłanie na podłodze, stół “domowej” roboty, półki zapełnione książkami. Lampa gazowa zapewnia oświetlenie. Cóż więcej potrzeba do życia? Mają siebie, to najważniejsze.

  Steffi podaje mi egzemplarz czeskiego wydania jej “wspomnien i impresji”. – ‘Pewnie trochę zrozumiesz’. Ciekawi ją komentarz na okładce: …’spaliłaś mosty za sobą’ - czytam nawet bez trudu. – ‘Porzuciłaś dobrze płatną pracę w szkole ….’. – ‘Wcale ja żadnych mostów nie spaliłam – jutro mogę wrócić do Niemiec.  I żyć tam jak dawniej!’.

   W niemieckim wydaniu jej historia jest prawdziwie “hollywoodzka”. Steffi się to nie bardzo podoba. To jest “haczyk” na czytelnika, złapie się na to słowo nie jeden. A w rzeczywistości to po prostu jedna z tych pięknych i tak prostych historii dwojga ludzi: spotkali się dnia pewnego, pokochali, zrozumieli. Połączyli swe drogi zwiedzeni miłosnym uczuciem, mocno wspieranym życiowym doświadczeniem. Wspólnota spojrzenia na rzeczy, na ludzi i sztukę. Wzięli się nawzajem takimi, jakimi wydały ich dwie tak rożne kultury. Steffi jest Steffi, a Karlo – Karlo. Czyż słuchając na co dzień wiecznej muzyki oceanu, koniecznie trzeba na banicję skazywać Bacha czy tez Mozarta?  Chyba nie…

  Jedziemy na plażę w Anakena, bo ja bez tego nie mogę na Tahiti odlecieć! Steffi witają serdecznie panie zapewniające turystom posiłek lub kawę. Można też kupić pamiątki rozłożone na straganikach. Znam te osoby z widzenia, ale tym razem poznaje je osobiście. Niestety hiszpańskiego nie znam. Przepraszam i biegnę kierunku plaży.

  Wracam, siadam na ławeczce w cieniu. Steffi wciąż zajęta jest rozmową. Wyciągam notes i zaczynam gryzmolić to, co mi do głowy przyszło od dziś rana. Steffi jest już obok i patrzy bez słowa. – ‘Pisze o tym, co tutaj widziałam… spróbuje ci przetłumaczyć…’‘Widzę, że zrozumiałaś’ – mówi. – ‘Nie ma ani jakiegoś „programowanego” powrotu do ziemi, ani zrywania z techniką. Przecież się komputerem posługuję! Ani szukania za wszelka cenę więzi z naturą. Rzeczywiście tu, gdzie mieszkamy nie ma prądu, ani bieżącej wody, a telefony komórkowe nie mają zasięgu. Ale nam jest tu  dobrze, resztę jakoś można zawsze rozwiązać…’.

   Po roli oskarżyciela biorę rolę obrońcy. Przed taką niebywałą sytuacją, ktoś może sobie stworzyć swój własny “film”  - o jakiejś szalonej blond Europejce, przykutej jak Andromeda do skalistego wybrzeża Rapa Nui. „Nieznana siła zawarta w tej wyspie, „wybawiciel”. Karlo też od Perseusza nie gorszy. Pewnie i trudno obronić się przed szturmem pozbawionej często tak silnych podniet naszej wyobraźni.

  Czas wracać do Hanga Roa, jutro odlecę na Tahiti.

Komentarze   

 
+1 #1 xyz 2014-12-08 19:48
Pozdrowienia z Sandomierza ;3
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama
www.douglas-shop.pl

Patronat

Reklama